sobota, 7 września 2013

Daisy - błękitna tożsamość

Daisy von Pless

      Kiedy niespełna rok temu poproszono mnie o napisanie sztuki teatralnej o księżnej Daisy von Pless, nie miałem pojęcia, jak się do tego zabrać. Moje doświadczenie w tej materii sprowadzało się do roli widza. Owszem, miałem ochotę na coś nowego w sensie twórczym, ale chyba nie do końca wiedziałem, na co się porywam. Pamiętam tylko, że w głowie majaczył mi jeden ogromny znak zapytania, i to właściwie wszystko.

Dzisiaj jestem w zupełnie innym punkcie tego epizodu. Cieszę się, że jako pierwszy współtworzyłem sztukę o kobiecie, która może być natchnieniem dla innych kobiet – w szczególności takich, które pragną pozostawić po sobie lepszy świat niż ten, jaki zastały. 


 Miałem świadomość, że monodram to jedna z trudniejszych form teatralnych i wcale nie było mi do tego pilno. Tego rodzaju sztuka musi być naprawdę ciekawa, żeby aktor przez - powiedzmy - 45 minut zdołał podtrzymać uwagę widzów. Kiedy zatem nieoczekiwanie, w jednej chwili zrodził się pomysł na formę spektaklu, wiedziałem, że jest szansa. Teraz bierze mnie ochota, żeby opowiedzieć o szczegółach, ale boję się, że popsuję całą przyjemność tym, którzy 11 października wybierają się na premierę do Teatru Zdrojowego w Szczawnie-Zdroju. Może więc wspomnę tylko, że sztuka nie będzie monologiem, mimo iż od początku do końca zagra w niej tylko jedna aktorka.

Można by o tym jeszcze to i owo napisać, ale nie chcę już zanudzać. Ciśnie mi się na usta pewna refleksja. Wyrażę ją słowami autorytetu w swojej dziedzinie, Jamesa Camerona, reżysera takich filmów, jak Avatar czy Tytanic. Przy pewnej okazji wspomniał on o czymś, co mnie zafrapowało - o chwili szaleństwa, w której twórca przypomina kogoś, kto wyskakuje z samolotu, a jego spadochron nie jest jeszcze gotowy, dopiero go szyje. Właśnie tak było ze sztuką „Daisy – błękitna tożsamość”, jej losy do końca wisiały na włosku. Wielka pasja, ogromna wytrwałość i bezinteresowne poświęcenie wszystkich związanych z tym projektem – oto siły, które powołały do życia ten utwór. Może właśnie dlatego jest w nim tyle metafizyki, ta nutka nieuchwytnego czaru. 
Niektórzy twierdzą, iż to Daisy maczała w tym palce? Sam nie wiem... Tak czy owak, warto przekonać się o tym naocznie.

Zapraszam więc na premierę!

Zobacz więcej! 

4 komentarze:

  1. No, nareszcie nastąpiła reaktywacja bloga...
    Ale do rzeczy: Miło jest nareszcie coś nowego na tym blogu przeczytać, zwłaszcza, że to niespodzianka, jaką jest "njus" o wystawieniu sztuki teatralnej... Ale, ale! nie bardzo mi się chce wierzyć, że ten debiut jako dramaturga to jedynie "epizod z Melpomeną". Przeciwnie, do wejście na piętro wyżej i rozpoczęcie działania z większym rozmachem na niwie Sztuki. Jestem przekonany, że sztuka TEGO autorstwa, TEGO wykonania i o TAKIEJ postaci to będzie TAKA burza, po której echa nie zamilkną. Z pewnością, to dopiero POCZĄTEK a nie EPIZOD, zacny Zbigniewie!

    OdpowiedzUsuń
  2. Szanowny Panie Zbigniewie.Z całego serca pragnę podziękować za ten wspaniały wpis.Jestem pod wielkim wrażeniem pięknym ujęciem tematu,Pana skromnością jako autora i tak ciepłym,serdecznym i nietuzinkowym spojrzeniem na "Daisy-błękitna tożsamość"jako sztukę,jako Daisy i Jej odtwórczynię-P.Aldonę.To jest napisane nie tylko "piórem",ale przede wszystkim sercem.Dziękuję-Jolanta.

    OdpowiedzUsuń
  3. Bardzo dziękuję za życzliwe komentarze. Mam nadzieję, że ta atmosfera przyczyni się do sukcesu i sztuka spopularyzuje Daisy w innych regionach Polski. ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. O, to może w końcu doczekamy się filmu na kanwie powieści "Grzech przemilczenia"??? Panie Zbigniewie, proszę iść za ciosem i "zrobić" ten spektakl, tym razem na szerokim ekranie!!! Nie zdaje sobie chyba pan sprawy, jak wiele czytelników życzy sobie (i panu:) wykonania tego obrazu...

    OdpowiedzUsuń