środa, 25 grudnia 2013

NIE PRZEMILCZENIE


      Od paru już dni zbierałem się, by przelać na słowa myśli i uczucia, jakie towarzyszyły mi przy lekturze dopiero co wydanego, nakładem Zamku Książ, pamiętnika Daisy von Pless pt. „Lepiej przemilczeć” – w świetnym tłumaczeniu pani Barbary Borkowy. Nie ukrywam, że z wielu powodów niecierpliwie czekałem na tę książkę i pewnie jeszcze nie raz do niej wrócę. Na gorąco jednak chciałbym odnieść się do tego, co mnie urzekło.

     Od razu wyjaśnię, że z pewną rezerwą odnoszę się do twórczości pamiętnikarskiej, gdyż bardzo często ma ona charakter laurek, jakie autorzy wystawiają samym sobie. Dlatego na spotkaniu z tłumaczką stawiałem pytania o to, na ile – jej zdaniem – „upiększone” są wspomnienia księżnej. Dziś wiem, że na ten zarzut powinno się dawać prostą odpowiedź: przeczytaj, a potem pytaj!

     Osobisty, wręcz intymny charakter zawartych w tej książce wyznań, powinien przekonać nawet zatwardziałego sceptyka. Co rusz trafia się na akcenty szczerości, na które stać tylko osoby uczciwe. Na dowód przytoczyłbym notatkę z 3 listopada 1896 roku: „Mieliśmy z Tommym (Hans, mąż Daisy) przepyszne razem chwile – żeby tylko wyszedł z nich dzidziuś!”. Albo inny przykład: „siedem dni już jestem spóźniona… czy może to znaczyć dziecko?”. Czytając tę książkę trudno się oprzeć wrażeniu, że spogląda się w lustrzane odbicie księżnej.

     Ale to nie jedyne odkrycie… Po lekturze „Tańca na wulkanie” Daisy utrwaliła mi się w głowie – przynajmniej z tego pierwszego okresu pobytu na Śląsku – jako rozbawiona księżniczka, żądna coraz to nowych uciech. Tymczasem już pierwszych kilkadziesiąt stron nowej książki uzmysławia, że nie do końca tak było! Jakkolwiek ceniła rozrywkę, nie stanowiła ona sedna jej życia, a często była wręcz zmęczona nieustannymi zabawami, przyjęciami, balami, bezustannym tłumem gości.

     Oto co odnotowała w swoim pamiętniku: „Pełen dom, tańce, przejażdżki, zmiany nastrojów i tak dalej, i tak dalej bez widocznego końca”. „Gdyby tylko wiedzieli – stwierdza – jak bardzo pragnęłabym być sama!”. W innym zaś miejscu dodaje: „Aczkolwiek są mili, z niecierpliwością czekam na ich wyjazd, żeby móc spędzić trochę czasu z ukochanym maluszkiem (…) mając dom pełen ludzi do końca sierpnia, mam już tego dość”.

     Książ w tamtych czasach przypominał bardziej swoisty park rozrywki dla europejskich arystokratów niż dom w sensie miejsca, w którym prowadzi się życie rodzinne czy wychowuje dzieci. Brak intymności wyraźnie doskwierał księżnej, co z kolei wskazywało na to, że nie jest próżna i egocentryczna – jak wiele ówczesnych jaśniepań. Czytelnik odkrywa na kartach książki kobietę o usposobieniu refleksyjnym, skłonną do zadumy i głębokich wniosków. Wertując jej pamiętniki trafia się na niecodzienne przemyślenia.

     Bardzo spodobało mi się porównanie, jakie księżna poczyniła w związku z wazonem weneckim, który podarował jej hrabia Voss. Naczynie to było dekorowane tłoczonymi płaskorzeźbami w kształcie naturalnej wielkości orchidei. Całość wykonano z bardzo delikatnego materiału – 18 wazonów rozkruszyło się w piecu zanim jeden wyszedł z niego w całości. Fakt ów skłonił księżną do prostej, lecz jakże trafnej refleksji w związku z wartością człowieka. „Podobnie jest w życiu – napisała w swoim pamiętniku – zanim pojawi się doskonały mężczyzna lub kobieta”. Życie – jej zdaniem – było piecem, który pozwalał rozeznać kto jest kim.

     Myślę, że z tego punktu widzenia Daisy von Pless okazała się dziewiętnastym wazonem. W odróżnieniu od tych, którzy rozsypali się w proch zapomnienia, wyszła z pieca historii w całości. Pytanie tylko brzmi: dlaczego? Wydaje mi się, że dlatego, iż odważnie stawiała czoło temu, co w jej kręgach lepiej było przemilczeć. Naprawdę walczyła z biedą i niesprawiedliwością społeczną. A ponieważ ten temat jest równie palący i niewygodny dla współczesnych elit władzy, legenda Daisy pozostanie jeszcze długo żywa.


Dobra książka!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz