niedziela, 22 marca 2015

Sztuka widzenia tego, czego nie widać

     Ciekawe, jak zmieniłoby się moje postrzeganie świata, gdybym nagle zobaczył go oczyma konia hasającego po zielonej łące? Podejrzewam, że byłby to zupełnie inny widok niż ten, który pokazują mi moje własne oczy. A gdyby tak pozwolono mi ujrzeć rzeczywistość, jaką widzi żaba siedząca w kałuży na tej samej łące? Ha! To mogłoby być zaskoczeniem, prawda? Cóż dopiero, gdybym mógł popatrzeć na tę samą łąkę z perspektywy orła wznoszącego się w przestworzach? Każda z tych samych rzeczywistości byłaby zupełnie inna.
     Na dobrą sprawę można się bez trudu o tym przekonać wybierając się do Jeny, aby w tamtejszym muzeum obejrzeć soczewki wyprodukowane w miejscowych zakładach optycznych. Odpowiednio wyprofilowane szkła, pokazują, jak otoczenie postrzegane jest okiem konia, żaby i orła. Przedwojenny profesor logiki we Lwowie, Leon Chwistek, radził nawet swoim studentom, by chociaż raz obejrzeli sobie świat poprzez takie soczewki. Dopiero wtedy można zrozumieć, że o rzeczywistości nie da się mówić tylko w jednym języku.
     Opowiem w związku z tym historię, która kiedyś poruszyła mnie do głębi i do dziś siedzi mi zakamarkach serca...
      
     Zdarzyło się to pewnego niedzielnego poranka w nowojorskim metrze. Ludzie spokojnie sobie podróżowali; jedni wsiadali na swoich stacjach, drudzy wysiadali. Niektórzy czytali gazety, inni stali pogrążeni w myślach, ktoś tam sobie smacznie drzemał przytulony do okna. Jak to w metrze, zwykły obrazek, nic nadzwyczajnego. Ale tylko do momentu, w którym w przedziale nie pojawił się mężczyzna z dwoma urwisami. Naraz, w jednej chwili, wszystko uległo zmianie. Chłopcy zaczęli zachowywać się hałaśliwie, wręcz nieznośnie. Wrzeszczeli do siebie, rzucali przedmiotami, biegali po wagonie, wyrywali innym gazety. O mało na głowy im nie wleźli.
     Ojciec natomiast najspokojniej w świecie usiadł obok świadka tego zdarzenia – Stephena R. Covey’a – zamknął oczy i zachowywał się, jakby był nieobecny. Nic, dosłownie nic – żadnej reakcji, a cóż dopiero odpowiedzialność za dzikie, nieokrzesane zachowanie synów. Wszyscy byli mocno poirytowani i naprawdę ciężko było zachować spokój. Wreszcie Covey zdecydował się, by zwrócić ojcu uwagę:
- Proszę pana – powiedział do niego starając się zachować spokój – pańskie dzieci naprawdę przeszkadzają pasażerom. Czy nie mógłby pan im powiedzieć, żeby zachowywały się odpowiednio?
     Mężczyzna ocknął się, otwierając oboje oczu. Spojrzał na swego adwersarza i łagodnie odrzekł:
- Rzeczywiście, ma pan rację. Powinienem coś z tym zrobić. Wracamy ze szpitala, gdzie godzinę temu umarła ich matka. Nie wiem, co uczynić i oni pewnie też nie wiedzą, jak sobie z tym poradzić. Ale faktycznie ma pan rację...                                               
                    * * *
Cóż… Życie wygląda całkiem inaczej, gdy spojrzymy cudzymi oczyma, prawda? Myślę, że można iść nawet o krok dalej i zaryzykować stwierdzenie, że wartość człowieka da się odmierzyć tym, co potrafi dostrzec. Dlaczego? Ponieważ to, co widzimy pokazuje, jakimi w gruncie rzeczy jesteśmy. 

Większość postów na blogu tworzona jest w oparciu o historie i przyklady z serii książek Sugestie słowa.

1 komentarz:

  1. Dziękuję Autorowi za zmuszenie mnie do spojrzenia głębiej, refleksji i w efekcie uśmiechu. Tak, to prawda.
    Że też nigdy nie przyszło mi to do głowy.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń