sobota, 28 marca 2015

Zindyczenie

    Istnieje gatunek indyków, który tak przyzwyczaja się do miejsca, w jakim sypie mu się żarcie, że wystarczy rzucić karmę kilka metrów dalej, a prędzej zdechnie z głodu niż wysili się by odszukać pożywienie. Pasza ma być dokładnie w tym i tym miejscu, i koniec, kropka. Nie można go tego oduczyć.

Bawi mnie czasem, gdy żona mojego sąsiada powtarza, że jej mąż cierpi na tę samą przypadłość. Jeśli nie ma jedzenia w lodówce, prędzej padnie z głodu niż sam sobie coś upichci lub pójdzie na zakupy. Przed każdym dłuższym wyjazdem obowiązkowo musi mu nagotować na parę dni i włożyć do lodówki. Inaczej nie znalazłby jedzenia, nawet gdyby się o nie przewrócił. Taki domowy ciapciak – zawsze myślę o nim z pewną dozą wyższości.

Ale parę dni temu zdarzyło się coś, co zmieniło nieco moje zapatrywania. Nie miałem dobrego dnia i przyszło mi na myśl, żeby sobie przełknąć coś, co poprawi mi humor. Wzięło mnie na macę z jogurtem. Wybrałem się więc do sklepu, aby nabyć swoją ulubioną suchą karmę. I tu spotkała mnie niespodzianka. Czy ktoś uwierzy czy nie, maca, która dotąd zalegała półki sklepowe, znikła jak kamfora. Obszedłem market wzdłuż i wszerz, i nie znalazłem ani jednego opakowania. Zawsze była na środkowej półce w ostatnim regale, a tu ani śladu.

No więc idę do kierownika i pytam:

- Dlaczego nie ma macy?

- Jak to nie ma? – odpowiada mi pytaniem na pytanie, co – jak nietrudno się domyśleć – przy mojej dyspozycji psychicznej zabrzmiało niczym prowokacja.

- Niby gdzie? Obszedłem cały sklep i nie znalazłem – mówię.

- Niemożliwe. Maca jest tam gdzie była – tłumaczy mi spokojnie.

Oczywiście to stwierdzenie musiało i wywołało u mnie stan podwyższonego ciśnienia.

- Co mi pan wmawia, przecież ślepy nie jestem – mówię do gościa z lekka poirytowanym tonem.

Na co on:

- To proszę za mną – i prowadzi mnie w kierunku regału, na którym zawsze była maca.

Z daleka widzę jednak, że macy nie ma i myślę, że zaraz weźmie mnie cholera na tego durnia. Zatrzymujemy się w rzeczonym miejscu, ja otwieram już usta, żeby powiedzieć coś w stylu: „I co, buraku?!”, tymczasem on uprzedzająco wskazuje ręką na pięterko wyżej i mówi:

- Proszę bardzo, cała półka!

Zbaraniałem! Maca stała tam jak nic…

Wróciłem więc do domu, poszedłem do sąsiada i opowiadam mu całą tę historię w kontekście tych durnowatych indyków – dodając, że jego żona ma rację, co do niektórych facetów. A on mi mówi:

- Myślisz, że ona jest lepsza? Też ma tylko jedno miejsce, z którego się karmi...

Spoglądam na niego z ciekawością. O co mu chodzi?

- Nie dalej, jak wczoraj gadam do niej: „Dolar idzie w górę. Może by tak coś zadziałać?”. A ona na to: „Nie wyciągaj pochopnych wniosków. Zobaczymy, co rano powiedzą w TVN24”. Jak by tam nie powiedzieli, to byśmy nic nie wiedzieli - uzupełnił z ironią.

- Taaak… - zamruczałem pod nosem, dodając w myślach: to dopiero się nazywa zindyczeć!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz