sobota, 2 maja 2015

Daisy - błękitna tożsamość. Pokłosie

   Poniższy fragment powstał mniej więcej w tym samym okresie, w którym pisałem sztukę teatralną pt. „Daisy – błękitna tożsamość” - czyli jakieś 3 lata temu. Chodziło mi wówczas po głowie, żeby przysiąść się do powieści o Daisy von Pless. Niestety, życie potoczyło się jakoś inaczej. Ale szkice do poszczególnych rozdziałów zostały mi w archiwach. Niedawno natknąłem się na jeden z nich i zacząłem się zastanawiać, czy to tylko przypadek?…
W końcu przyszło mi do głowy, aby zamieścić jeden z roboczych fragmentów na blogu. Następnie zwróciłem się o pomoc do pani Barbary Borkowy w odnalezieniu zdjęć Daisy z tamtego okresu. Pani Basia, która pisze obecnie znakomitą książkę (wiem, bo czytałem niektóre rozdziały) na temat Daisy i jej siostry Shelagh pt. "Siostry", była na tyle uprzejma, aby udostępnić mi parę fotografii i oto jest! A zobaczymy jeszcze, co z tego wyniknie…

                                                            Serbia 1917, szpital Brcko

Na dworcu w Belgradzie czekał na nich węgierski profesor. Na pierwszy rzut oka lat około sześćdziesięciu, w rzeczywistości dużo młodszy, bo zaledwie pięćdziesięcioletni mężczyzna o nalanych policzkach i wyłupiastych oczach. Nie imponował wzrostem, czego z kolei nie dałoby się powiedzieć o jego drugim rozmiarze, którym zajmował niemałą część pobocza. Gdy pociąg wyhamował, a profesor ruszył w stronę księżnej, podróżni instynktownie schodzili mu z drogi.

Przed frontem stacji czekały na niemieckich gości dwa fiakry. Oba cuchnęły mieszaniną potu z dziegciem, ale biorąc pod uwagę okoliczności, nie należało grymasić. W jeden wpakowano książęcy bagaż oraz Seidla, w drugim usadowiły się księżna z Heleną i Else, a naprzeciw – ze zrozumiałych względów – rozsiadł się profesor. Woźnice zacięli lejce, powozy ruszyły z miejsc, znikając niebawem w perspektywie tętniącej życiem ulicy.

Niespełna kwadrans później Daisy przekroczyła podwoje 3-pokojowego mieszkania na piętrze, niedaleko szpitala. Nie pretendowało ono do miana apartamentu. Oczy raziły tu brudne tapety i niestarannie poukładane, miejscami popękane kafelki na podłodze. W oknach straszyły stare zasłony z muślinu, a ciemne zacieki na suficie i rozsychające się belki, dopełniały ponurego wrażenia!

Profesor wgramolił się na górę jako ostatni i, nim się jeszcze rozejrzał, sięgnął do kieszeni surduta po wilgotną chusteczkę, by otrzeć pot z czoła. Chyba był tu po raz pierwszy, bo wyraźnie się zdumiał, unosząc brwi i nadymając usta. Nie podejrzewał, że mieszkanie będzie aż tak zapuszczone. Do niedawna stacjonował tu serbski oficer z żoną i należało się spodziewać jako takiego porządku.

- Wasza wysokość zechce wybaczyć – wymamrotał zakłopotany. – Zdaje sobie sprawę, że to mieszkanie nie jest...

- Profesorze – przerwała mu księżna. – Nie musi pan niczego tłumaczyć. Jest wojna, zdążyłam przywyknąć do warunków.

- Tym niemniej proszę darować – podjął na nowo ze służalczą grzecznością. – Belgrad pęka w szwach i to jedyne lokum, jakie udało nam się zdobyć.

Daisy uznała, że pora przejąć obowiązki gospodyni, gdyż wskazując na małą sofę ustawioną w centralnym punkcie pokoju, zaproponowała:

- Panie profesorze, zechce pan usiąść.

Mężczyzna obrzucił mebel nieufnym spojrzeniem, wyraźnie usiłując się wymówić:

- Wasza wysokość, jakże tak przy damie?...

Księżna jeszcze raz ponowiła propozycję, lecz z identycznym skutkiem. Stropiony profesor sterczał przed nią wyprostowany, wgniatając swój pilśniowy kapelusz w rozdęte brzuszysko i nie wiadomo czemu nie chciał usiąść. Słowa księżnej jakoś do niego nie docierały.

Wreszcie Daisy ściągnęła brwi, przyjęła władczą postawę i powtórzyła dosadnie:

- Profesorze, niechże pan wreszcie usiądzie!

Mężczyzna uśmiechnął się niepewnie; lewa powieka drgnęła mu nerwowo. Jeszcze raz bojaźliwie obmierzył sofę i, chcąc nie chcąc, wcisnął w nią swoje gigantyczne siedzenie. Mebel raptownie zgrzytnął pod ogromnym cielskiem, a jego podstawa pękła na pół. Profesor zapadł się pod sobą, odchylił tułów do tyłu i wyrżnął plecami w oparcie, które odpadło z hukiem. Równocześnie boczne ścianki sofy złożyły się na wzór domku z kart i wydatne kształty szacownego luminarza nauki zaklinowały się w drewnianej pułapce.

Nieszczęśnik jęknął, wierzgnąwszy nogami i wydusił ze ściśniętych piersi:

- Powietrza!

W pierwszej chwili rozbawiona Daisy chwyciła się za policzki i zachichotała tłumionym śmiechem. Tylko co teraz począć? Na szczęście straszliwy rumor przywołał pozostałe kobiety. Na widok zakleszczonego profesora, który dyndał nogami w powietrzu, obie zakryły twarze ze śmiechu.

Usiłując zachować powagę, Daisy zgromiła je wzrokiem, lecz to jeszcze bardziej obie rozbawiło.

- Trzeba go stąd wydostać – zakomenderowała wreszcie księżna - Gdzie Seidel?

- Posłałam go, żeby rozejrzał się za jakimś prowiantem – wyjaśniła Else.

- Cóż, w takim razie musimy zrobić to same...

Ale próba uwolnienia profesora miała się okazać jedynie próbą i niczym więcej. Sofa ani drgnęła, a to już wcale nie było takie śmieszne. Mężczyzna z coraz większym trudem łapał powietrze i należało czym prędzej udzielić mu pomocy.

Else stwierdziła:

- Chłopa by trzeba!

Jak na zawołanie w drzwiach pojawił się Seidel z koszem wypełnionym żywnością. Głupkowato wybałuszył gały i zawołał rozbawiony:

- Ho, ho, a to co?!

- Nie patrz tak! Szybko, pomóż nam! – tembr głosu jego pani pobrzmiewał zniecierpliwieniem.

Seidel zakręcił się koło sofy, obejrzał z tej i z tamtej strony, po czym zaproponował rzeczowo:

- Panie z jednej, a ja z drugiej! No to trzy, cztery.

Wspólny wysiłek zmusił upartą sofę, by rozwarła paszczę. Profesor łapczywie łyknął kilka głębszych haustów powietrza, i to wszystko. Niestety, nie znalazł sił, by samodzielnie wygramolić się z pułapki. Czeluść zatrzasnęła się nad nim po raz wtóry.

- Duszę się, duszę... – skamlał i rzeczywiście się dusił.

W tej sytuacji Seidel pobiegł przywołać do pomocy kogoś z ulicy. Zaraz też wrócił z dwoma pleczystymi drabami w austriackich mundurach. Żołnierze jeszcze raz rozwarli sofę, pozostali zaś ciągnęli nieszczęśnika za nogi. Od biedy zdołał się jakoś wykaraskać, ale leżał bezradnie na podłodze, nie potrafiąc o własnych siłach przewrócić się na brzuch, czy unieść ciało na czworo. Dźwignął się do góry tylko dzięki nadludzkim wysiłkom pozostałych mężczyzn.

Sapiąc ciężko, wycierał czoło mankietem.

- Widzi pani, jakie teraz meble robią, widzi pani? – mówił do księżnej i dyszał.



Seidel przysunął mu krzesło, proponując żeby usiadł. Profesor trwożnie spojrzał na siedzisko, cofnął się o krok i, powołując się na nie cierpiące zwłoki zajęcia, szurnął schodami w dół aż zadudniło.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz