środa, 25 grudnia 2013

NIE PRZEMILCZENIE


      Od paru już dni zbierałem się, by przelać na słowa myśli i uczucia, jakie towarzyszyły mi przy lekturze dopiero co wydanego, nakładem Zamku Książ, pamiętnika Daisy von Pless pt. „Lepiej przemilczeć” – w świetnym tłumaczeniu pani Barbary Borkowy. Nie ukrywam, że z wielu powodów niecierpliwie czekałem na tę książkę i pewnie jeszcze nie raz do niej wrócę. Na gorąco jednak chciałbym odnieść się do tego, co mnie urzekło.

     Od razu wyjaśnię, że z pewną rezerwą odnoszę się do twórczości pamiętnikarskiej, gdyż bardzo często ma ona charakter laurek, jakie autorzy wystawiają samym sobie. Dlatego na spotkaniu z tłumaczką stawiałem pytania o to, na ile – jej zdaniem – „upiększone” są wspomnienia księżnej. Dziś wiem, że na ten zarzut powinno się dawać prostą odpowiedź: przeczytaj, a potem pytaj!

sobota, 7 września 2013

Daisy - błękitna tożsamość

Daisy von Pless

      Kiedy niespełna rok temu poproszono mnie o napisanie sztuki teatralnej o księżnej Daisy von Pless, nie miałem pojęcia, jak się do tego zabrać. Moje doświadczenie w tej materii sprowadzało się do roli widza. Owszem, miałem ochotę na coś nowego w sensie twórczym, ale chyba nie do końca wiedziałem, na co się porywam. Pamiętam tylko, że w głowie majaczył mi jeden ogromny znak zapytania, i to właściwie wszystko.

Dzisiaj jestem w zupełnie innym punkcie tego epizodu. Cieszę się, że jako pierwszy współtworzyłem sztukę o kobiecie, która może być natchnieniem dla innych kobiet – w szczególności takich, które pragną pozostawić po sobie lepszy świat niż ten, jaki zastały. 

czwartek, 16 maja 2013

Kochanice śmierci


     Podobno w starożytnych Indiach niektórzy władcy utrzymywali na swoich dworach piękne dziewczęta, którym od dzieciństwa podawano niewielkie dawki trujących ziół, jadu węży i skorpionów. Nazywano je vish kanya – dziewice śmierci. Ich ciała stawały się odporne na toksyny. Lecz wystarczył dotyk dłoni, by siła życiowa ofiary słabła, pocałunek stawiał mężczyznę nad grobem, a temu, kto ośmielił się wziąć taką dziewicę w ramiona, pracodawczyni grabarzy osobiście wręczała wezwanie na cmentarz. Dziewczęta te – o ile przetrwały zabójczą dla organizmu kurację – używano do eliminowania wrogów, których nie dało się zgładzić w żaden inny sposób. Trucizna przenikała przez skórę, zwalniała tętno, zagęszczała żółć i ścinała krew.

     Wyobrażam sobie sytuację, w której vish kanya pokochała przypadkowego mężczyznę.

niedziela, 14 kwietnia 2013

Jak tato zrobił narzeczonemu kuku!


     Marian, mój sąsiad, wzbudza w okolicy powszechny respekt tężyzną ciała. Potężne, pleczyste chłopisko, o dębowych barach i sposobie poruszania się drwala. Nie lubię mu nawet podawać ręki, bo ma taki ścisk łapskach, że na samą myśl bolą mnie kości.

     Co ważne, Marian od paru lat jest wdowcem, obarczonym wychowywaniem dwójki synów i córki. Chłopaki mają już powyżej dwudziestki, więc puszcza ich na dyskoteki, córkę nie, bo zaledwie piętnastolatka – choć prawdę mówiąc wygląda co najmniej na dwadzieścia. Nie powiem, dziewczyna jak się patrzy – ma wszystko, o czym chłopcy mogliby tylko zamarzyć. Szczupła w pasie, za to w biodrach i w biuście niewąska.

wtorek, 9 kwietnia 2013

Pozwól dorosnąć swojemu staremu!


        Rozmawialiśmy przez telefon o jego kłopotach z dorastającym synem. Nie przedstawiało się to najlepiej. Od dłuższego już czasu ich wzajemne relacje były obolałe, a obecnie jeszcze bardziej się zaogniały. Wiadomo, ‘ojciec to pierwszy rywal każdego nastolatka, w okresie, w którym ten staje się mężczyzną’. Rodzic prezentował postawę koguta na własnym podwórku. Za nic nie mogli się dogadać.

      Nie chciałem się wtrącać, coś jednak należało powiedzieć.

- Hindusi stosują wobec syna jedną dobrą zasadę – mądrzyłem się. – Do siódmego roku życia obchodzą się z nim jak z władcą, do piętnastego, jak z poddanym, a później już jak z przyjacielem.

      Podumał, podumał i odparł:

- Myślę, że pierwsza rada jest zbyt trudna dla ojca, druga za trudna dla syna, a trzecia nie nadaje się dla nich obu.

niedziela, 7 kwietnia 2013

O człowieku, który obciął sobie stopy, żeby kupić za nie buty

     Poznałem go w barze hotelowym. Wyglądał na mężczyznę dość już sobie   posuniętego w latach, grubo powyżej siedemdziesiątki. Siwe, mocno przerzedzone włosy, pomarszczona cera, zapadłe policzki i podkrążone oczy. Pił wodę z cytryną, ale postawił mi drinka i nieoczekiwanie zapytał, ile bym mu dał lat. Grubo po ósmej dziesiątce! Ale trzeba być grzecznym, więc mówię, że pewnie coś koło sześćdziesiątki.

     Uśmiechnął się pobłażliwie, wyjawiając swój prawdziwy wiek:

- Pięćdziesiąt cztery.
- Pięćdziesiąt cztery?! – powtórzyłem z niedowierzaniem.

niedziela, 31 marca 2013

Wróżka - czyli jak zrobić z siebie wariata.


     Niedawno trafił mi do ręki artykuł znanej francuskiej dziennikarki, Fanny Deschamps, która zadała sobie trud, aby poznać kulisy tajemniczego, lecz cieszącego się nieustannym wzięciem zawodu wróżki. Fanny zapisała się na korespondencyjny kurs wróżbiarstwa i telepatii. Z niemałą uwagą czytałem jej doświadczenia i muszę przyznać, że gdybym w przeszłości korzystał z usług specjalistek od uchylania wrót przyszłości, nie miałbym najlepszego samopoczucia po tej lekturze. Ale do rzeczy...
     Czego powinna być świadoma adeptka wiedzy tajemnej? Przytoczę niektóre, co bardziej dystynktywne ustępy z kursu:
     „Musisz zdać sobie sprawę, że żadna wróżka nigdy niczego nie widzi, ani w szklanej kuli, ani w fusach po kawie, ani gdziekolwiek indziej. Jeśli podczas ćwiczenia ze szklaną kulą masz rzeczywiście wizje, natychmiast zamknij tę książkę i nigdy do niej nie wracaj. Lekceważąc ten znak, ryzykujesz, że popadniesz w chorobę”.
     „Nie wpadaj w panikę, jeśli byłaś kiedykolwiek świadkiem wywoływania na twoich oczach zjawisk telepatycznych. Wszystkie te zjawiska są robione sztucznie, przy pomocy specjalnych sygnałów czy szyfru wymienianego z partnerem. Są to rzeczy trudne, chociaż do opanowania. Ale od ciebie klientki nie będą żądały, abyś była prestidigitatorem. Wystarczy im to, co widzisz ty sama, i w to uwierzą. A wtedy praca jest dużo łatwiejsza”.
      Dociekliwa reporterka nie poprzestała jednakże na samym tylko kursie; zafundowała sobie dodatkowo prywatne lekcje u doświadczonej wróżki z pozycją zawodową. Nim przejdę do meritum szkolenia, dodam tylko, że przydatność Fanny do zawodu nie została zweryfikowana na podstawie jakichś paranormalnych predyspozycji, lecz w oparciu o zachowanie kota wróżki, który na wszelkie możliwe sposoby okazywał kobiecie swoje zadowolenie. Z oczywistych względów przytoczę instruktaż w okrojonej wersji.

czwartek, 28 marca 2013

Jedyne zwierzę, które potrafi się śmiać.




Już od dobrych paru dni noszę się z zamiarem, aby napisać o poczuciu humoru w kontekście pracy zawodowej. Z książki Sugestie słowa wybrałem  dwa przykłady świetnie ilustrujące mój temat. Pierwszy dotyczy mężczyzny, który punktualnością raczej nie grzeszył, nie mógłby jej zaliczyć w poczet swoich cnót. Nie raz, nie dwa zdarzało mu się spóźniać do pracy. Jedynie temu, że był wysokiej klasy fachowcem, zawdzięczał, iż jakiś czas tolerowano jego uciążliwą słabostkę. W końcu jednak sprawa przybrała zdecydowanie zły obrót. Szef ostrzegł go, że jeśli się to powtórzy, zwolni go z pracy. No i stało się! Przełożony czekał już na niego poirytowany, na dzień dobry przywitał go marsową miną. Pan Spóźnialski miał rzeczywiście powody, aby się lękać. Ale właśnie wtedy wpadła mu do głowy zbawcza myśl. Niespodziewanie wyciągnął rękę do pracodawcy i oświadczył z nie mniej zaskakującym uśmiechem:

sobota, 23 marca 2013

Czy kochać, to godzić się na wspólną starość?


Ilekroć o tym myślę, wspominam historię pewnego małżeństwa sprzed lat. Wpierw poznałem tę panią. Mimo że dużo starsza ode mnie, była kobietą, przy której nawet młodemu mężczyźnie zależało, aby prezentować jak najlepiej. Obdarzona zjawiskową słowiańską urodą, smukła blondynka o wielkich aksamitnych oczach i pełnych ustach. Wprawdzie wydawała mi się trochę podszyta dzieckiem, ale, o dziwo, w niczym jej to nie umniejszało, czyniąc jeszcze bardziej intrygującą. Potem spotkałem jej męża i byłem nieco zaskoczony. Cóż – pomyślałem sobie – jest jaki jest. Dobrze, że ja taki nie jestem. Zastanawiałem się jedynie, co on w sobie ma, że ona świata poza nim nie widzi?
Minęły lata, nasze drogi się rozeszły, znikli mi z oczu – prawie o nich zapomniałem. Po raz kolejny spotkaliśmy się zupełnie przypadkowo w sądzie rodzinnym. Nie poznałem ich, ale oni rozpoznali mnie bez trudu. Jedno i drugie było wtedy trochę po sześćdziesiątce. Siedzieli na dwóch przeciwległych końcach ławeczki tuż przed salą rozpraw. On powiedział mi, że zakochał się w dwadzieścia lat młodszej od siebie kobiecie i postanowił się rozwieść ze swoją starą żoną. Ona nie bardzo chciała się na to zgodzić. Pewnie obawiała się tego, czego obawiać się może każda kobieta w jej wieku – że ma już niewielkie szanse na ułożenie sobie życia z kimś nowym. Im więcej lat, tym mniej możliwości. Powiedziała mi, że nie chce być sama, przeraża ją ta myśl. Lepszy już facet, który biega za każdą kiecką jak szczeniak za samochodem, niż gadanie ze ścianą, czajnikiem albo lustrem. Ale w końcu uległa, dała mu rozwód.

piątek, 22 marca 2013

Koziołek Matołek na zmywaku


 „W Pacanowie kozy kują, więc koziołek mądra głowa, błąka się po całym świecie, aby dojść do Pacanowa”. Któż by nie pamiętał tych słów? Książka Kornela Makuszyńskiego była moją ulubioną lekturą z dzieciństwa. Zaczytywałem się w niej całymi godzinami i do dziś pozostał mi sentyment. Ale gdy moja córka – a  miała wtedy nie więcej niż sześć lat i znała koziołka z filmów animowanych – zapytała mnie, czy istnieje Pacanów i czy naprawdę w Pacanowie kozy kują, zbaraniałem.

- No, Pacanów istnieję, a czy kują tam kozy, hm... odpowiem ci o tym w bajce – odparłem wymijająco, zgodnie ze swoją starą metodą, by na pytanie, na które nie znam odpowiedzi dać sobie trochę czasu.

Do wieczora miałem już gotową replikę – a właściwie nową bajeczkę o starej bajce. Tyle że moja wersja – w przeciwieństwie do opowiadania Makuszyńskiego, który kazał biednemu koziołkowi szukać Pacanowa – była chyba bliższa prawdy. 
Otóż w czasach, których już nikt nie pamięta, w Pacanowie mieszkała pewna rodzina i wszyscy mężczyźni z dziada pradziada parali się w niej kowalstwem. Nosili nazwisko Kozy. A kowal, jak wiadomo – jeśli wcześniej nie zaleje się w 3D – zaczyna skoro świt. Od rana w kuźni wrzało więc, a ludzi w okolicy budziły głośne uderzenia młotów. Pewnie ten i ów powtarzał: „W Pacanowie Kozy kują!”. I tak to poszło w świat. Przynajmniej moja córka zna historię Koziołka Matołka wedle tej wersji...

W rzeczy samej istnieje jednak wiele innych wariantów tego opowiadania – niekoniecznie już dla dzieci.

wtorek, 19 marca 2013

Moja ukochana ma na imię Poduszka!

Świebodzice, luty 2013

Całkiem niedawno oglądałem film o huraganach i tornadach. Potęga i moc! Wichura gnająca blisko 500 kilometrów na godzinę! Wprost nie do pojęcia. Zrywa dachy, burzy domy, wyrywa drzewa z korzeniami. Napawa lękiem i budzi grozę.

Najbardziej jednak poruszyła mnie historia wróbli. Gdy ptaki podrywają się do lotu, huragan je wsysa jak ogromny odkurzacz i porywa ze sobą. Wirują w zamkniętym kręgu dzień po dniu, wciąż dookoła, bez chwili wytchnienia. Aż w końcu rozbijają się o skały lub inne naturalne przeszkody.

Film się skończył, minęło parę godzin, mimowiednie nasunęły mi się refleksje. Pomyślałem o tempie w jakim żyję, o tym, że właściwie mój los w niczym się nie różni od losu wróbli uprowadzonych przez huragan. Dzień po dniu kręcę się wokół całego mnóstwa spraw, które na koniec okazują się nic nie warte. Ogarnęło mnie wówczas uczucie straty, nieodwracalności, bezsensownego przemijania, życia bez uzasadnienia – po prostu po nic...

niedziela, 17 marca 2013

Kto napisał pierwszą książkę w dziejach ludzkości?

Spotkanie w Gorzowie Wielkopolskim, 
Na Zapiecku. 12 marzec 2013 r.

Pytania na spotkaniach autorskich potrafią mnie rozbroić! Ale są także świetną okazją do „radosnej twórczości”. Pewnego razu jeden mężczyzna zapytał mnie:
- Czy wie pan, kto napisał pierwszą książkę w dziejach ludzkości?
Z początku pomyślałem sobie, że to żart. Ale po chwili przyszły mi na myśl słowa Gogola, że ton pytania narzuca ton odpowiedzi. Chochliki zajaśniały mi w oczach, mimo to odparłem z całą powagą na jaką było mnie stać:
- Muszę przyznać, że nauka pod tym względem cofnęła się w rozwoju. Żaden współczesny naukowiec nie potrafiłby wskazać na autora pierwszej książki.
- Jak to, nauka się cofnęła?... – pytał z niedowierzaniem mój interlokutor.

sobota, 16 marca 2013

Jak owinąć sobie faceta wokół palca?


Historia, którą szczególnie lubię pochodzi z powieści Miguela de Unamuno, Ciotka Tula

Mała dziewczynka bawi się obok wyschniętej studni. W pewnej chwili, przez nieuwagę trąca łokciem lalkę, która wpada na dno ocembrowanego dołu. Niestety, studnia jest zbyt głęboka, żeby wydobyć ulubioną zabawkę. Dziewczynka wylewa z siebie potoki łez – płacze i płacze, aż w końcu studnia wypełnia się po brzegi łzami i lalka wypływa sama.
Zaskakujący sposób, prawda? Ale tylko z pozoru. W rzeczywistości znany od wieków i chętnie nadużywany!

Okulary dla czarnowidza.




Gdzieś czytałem, że pesymista to facet, który zwykle finansuje optymistę. To chyba wystarczający powód, żeby przynajmniej prowadzić życie na plus. Poza tym noszę okulary, co z punktu widzenia czarnowidzów może być dość ryzykowne. Przypomina mi się w związku z tym opowiadanie Dino Buzzatiego Ukryci staruszkowie. Przytoczę je w skrócie...

Była to historia młodego, pełnego werwy człowieka, który raptem oświadczył przyjacielowi, że wkrótce umrze.