niedziela, 31 marca 2013

Wróżka - czyli jak zrobić z siebie wariata.


     Niedawno trafił mi do ręki artykuł znanej francuskiej dziennikarki, Fanny Deschamps, która zadała sobie trud, aby poznać kulisy tajemniczego, lecz cieszącego się nieustannym wzięciem zawodu wróżki. Fanny zapisała się na korespondencyjny kurs wróżbiarstwa i telepatii. Z niemałą uwagą czytałem jej doświadczenia i muszę przyznać, że gdybym w przeszłości korzystał z usług specjalistek od uchylania wrót przyszłości, nie miałbym najlepszego samopoczucia po tej lekturze. Ale do rzeczy...
     Czego powinna być świadoma adeptka wiedzy tajemnej? Przytoczę niektóre, co bardziej dystynktywne ustępy z kursu:
     „Musisz zdać sobie sprawę, że żadna wróżka nigdy niczego nie widzi, ani w szklanej kuli, ani w fusach po kawie, ani gdziekolwiek indziej. Jeśli podczas ćwiczenia ze szklaną kulą masz rzeczywiście wizje, natychmiast zamknij tę książkę i nigdy do niej nie wracaj. Lekceważąc ten znak, ryzykujesz, że popadniesz w chorobę”.
     „Nie wpadaj w panikę, jeśli byłaś kiedykolwiek świadkiem wywoływania na twoich oczach zjawisk telepatycznych. Wszystkie te zjawiska są robione sztucznie, przy pomocy specjalnych sygnałów czy szyfru wymienianego z partnerem. Są to rzeczy trudne, chociaż do opanowania. Ale od ciebie klientki nie będą żądały, abyś była prestidigitatorem. Wystarczy im to, co widzisz ty sama, i w to uwierzą. A wtedy praca jest dużo łatwiejsza”.
      Dociekliwa reporterka nie poprzestała jednakże na samym tylko kursie; zafundowała sobie dodatkowo prywatne lekcje u doświadczonej wróżki z pozycją zawodową. Nim przejdę do meritum szkolenia, dodam tylko, że przydatność Fanny do zawodu nie została zweryfikowana na podstawie jakichś paranormalnych predyspozycji, lecz w oparciu o zachowanie kota wróżki, który na wszelkie możliwe sposoby okazywał kobiecie swoje zadowolenie. Z oczywistych względów przytoczę instruktaż w okrojonej wersji.

czwartek, 28 marca 2013

Jedyne zwierzę, które potrafi się śmiać.




Już od dobrych paru dni noszę się z zamiarem, aby napisać o poczuciu humoru w kontekście pracy zawodowej. Z książki Sugestie słowa wybrałem  dwa przykłady świetnie ilustrujące mój temat. Pierwszy dotyczy mężczyzny, który punktualnością raczej nie grzeszył, nie mógłby jej zaliczyć w poczet swoich cnót. Nie raz, nie dwa zdarzało mu się spóźniać do pracy. Jedynie temu, że był wysokiej klasy fachowcem, zawdzięczał, iż jakiś czas tolerowano jego uciążliwą słabostkę. W końcu jednak sprawa przybrała zdecydowanie zły obrót. Szef ostrzegł go, że jeśli się to powtórzy, zwolni go z pracy. No i stało się! Przełożony czekał już na niego poirytowany, na dzień dobry przywitał go marsową miną. Pan Spóźnialski miał rzeczywiście powody, aby się lękać. Ale właśnie wtedy wpadła mu do głowy zbawcza myśl. Niespodziewanie wyciągnął rękę do pracodawcy i oświadczył z nie mniej zaskakującym uśmiechem:

sobota, 23 marca 2013

Czy kochać, to godzić się na wspólną starość?


Ilekroć o tym myślę, wspominam historię pewnego małżeństwa sprzed lat. Wpierw poznałem tę panią. Mimo że dużo starsza ode mnie, była kobietą, przy której nawet młodemu mężczyźnie zależało, aby prezentować jak najlepiej. Obdarzona zjawiskową słowiańską urodą, smukła blondynka o wielkich aksamitnych oczach i pełnych ustach. Wprawdzie wydawała mi się trochę podszyta dzieckiem, ale, o dziwo, w niczym jej to nie umniejszało, czyniąc jeszcze bardziej intrygującą. Potem spotkałem jej męża i byłem nieco zaskoczony. Cóż – pomyślałem sobie – jest jaki jest. Dobrze, że ja taki nie jestem. Zastanawiałem się jedynie, co on w sobie ma, że ona świata poza nim nie widzi?
Minęły lata, nasze drogi się rozeszły, znikli mi z oczu – prawie o nich zapomniałem. Po raz kolejny spotkaliśmy się zupełnie przypadkowo w sądzie rodzinnym. Nie poznałem ich, ale oni rozpoznali mnie bez trudu. Jedno i drugie było wtedy trochę po sześćdziesiątce. Siedzieli na dwóch przeciwległych końcach ławeczki tuż przed salą rozpraw. On powiedział mi, że zakochał się w dwadzieścia lat młodszej od siebie kobiecie i postanowił się rozwieść ze swoją starą żoną. Ona nie bardzo chciała się na to zgodzić. Pewnie obawiała się tego, czego obawiać się może każda kobieta w jej wieku – że ma już niewielkie szanse na ułożenie sobie życia z kimś nowym. Im więcej lat, tym mniej możliwości. Powiedziała mi, że nie chce być sama, przeraża ją ta myśl. Lepszy już facet, który biega za każdą kiecką jak szczeniak za samochodem, niż gadanie ze ścianą, czajnikiem albo lustrem. Ale w końcu uległa, dała mu rozwód.

piątek, 22 marca 2013

Koziołek Matołek na zmywaku


 „W Pacanowie kozy kują, więc koziołek mądra głowa, błąka się po całym świecie, aby dojść do Pacanowa”. Któż by nie pamiętał tych słów? Książka Kornela Makuszyńskiego była moją ulubioną lekturą z dzieciństwa. Zaczytywałem się w niej całymi godzinami i do dziś pozostał mi sentyment. Ale gdy moja córka – a  miała wtedy nie więcej niż sześć lat i znała koziołka z filmów animowanych – zapytała mnie, czy istnieje Pacanów i czy naprawdę w Pacanowie kozy kują, zbaraniałem.

- No, Pacanów istnieję, a czy kują tam kozy, hm... odpowiem ci o tym w bajce – odparłem wymijająco, zgodnie ze swoją starą metodą, by na pytanie, na które nie znam odpowiedzi dać sobie trochę czasu.

Do wieczora miałem już gotową replikę – a właściwie nową bajeczkę o starej bajce. Tyle że moja wersja – w przeciwieństwie do opowiadania Makuszyńskiego, który kazał biednemu koziołkowi szukać Pacanowa – była chyba bliższa prawdy. 
Otóż w czasach, których już nikt nie pamięta, w Pacanowie mieszkała pewna rodzina i wszyscy mężczyźni z dziada pradziada parali się w niej kowalstwem. Nosili nazwisko Kozy. A kowal, jak wiadomo – jeśli wcześniej nie zaleje się w 3D – zaczyna skoro świt. Od rana w kuźni wrzało więc, a ludzi w okolicy budziły głośne uderzenia młotów. Pewnie ten i ów powtarzał: „W Pacanowie Kozy kują!”. I tak to poszło w świat. Przynajmniej moja córka zna historię Koziołka Matołka wedle tej wersji...

W rzeczy samej istnieje jednak wiele innych wariantów tego opowiadania – niekoniecznie już dla dzieci.

wtorek, 19 marca 2013

Moja ukochana ma na imię Poduszka!

Świebodzice, luty 2013

Całkiem niedawno oglądałem film o huraganach i tornadach. Potęga i moc! Wichura gnająca blisko 500 kilometrów na godzinę! Wprost nie do pojęcia. Zrywa dachy, burzy domy, wyrywa drzewa z korzeniami. Napawa lękiem i budzi grozę.

Najbardziej jednak poruszyła mnie historia wróbli. Gdy ptaki podrywają się do lotu, huragan je wsysa jak ogromny odkurzacz i porywa ze sobą. Wirują w zamkniętym kręgu dzień po dniu, wciąż dookoła, bez chwili wytchnienia. Aż w końcu rozbijają się o skały lub inne naturalne przeszkody.

Film się skończył, minęło parę godzin, mimowiednie nasunęły mi się refleksje. Pomyślałem o tempie w jakim żyję, o tym, że właściwie mój los w niczym się nie różni od losu wróbli uprowadzonych przez huragan. Dzień po dniu kręcę się wokół całego mnóstwa spraw, które na koniec okazują się nic nie warte. Ogarnęło mnie wówczas uczucie straty, nieodwracalności, bezsensownego przemijania, życia bez uzasadnienia – po prostu po nic...

niedziela, 17 marca 2013

Kto napisał pierwszą książkę w dziejach ludzkości?

Spotkanie w Gorzowie Wielkopolskim, 
Na Zapiecku. 12 marzec 2013 r.

Pytania na spotkaniach autorskich potrafią mnie rozbroić! Ale są także świetną okazją do „radosnej twórczości”. Pewnego razu jeden mężczyzna zapytał mnie:
- Czy wie pan, kto napisał pierwszą książkę w dziejach ludzkości?
Z początku pomyślałem sobie, że to żart. Ale po chwili przyszły mi na myśl słowa Gogola, że ton pytania narzuca ton odpowiedzi. Chochliki zajaśniały mi w oczach, mimo to odparłem z całą powagą na jaką było mnie stać:
- Muszę przyznać, że nauka pod tym względem cofnęła się w rozwoju. Żaden współczesny naukowiec nie potrafiłby wskazać na autora pierwszej książki.
- Jak to, nauka się cofnęła?... – pytał z niedowierzaniem mój interlokutor.

sobota, 16 marca 2013

Jak owinąć sobie faceta wokół palca?


Historia, którą szczególnie lubię pochodzi z powieści Miguela de Unamuno, Ciotka Tula

Mała dziewczynka bawi się obok wyschniętej studni. W pewnej chwili, przez nieuwagę trąca łokciem lalkę, która wpada na dno ocembrowanego dołu. Niestety, studnia jest zbyt głęboka, żeby wydobyć ulubioną zabawkę. Dziewczynka wylewa z siebie potoki łez – płacze i płacze, aż w końcu studnia wypełnia się po brzegi łzami i lalka wypływa sama.
Zaskakujący sposób, prawda? Ale tylko z pozoru. W rzeczywistości znany od wieków i chętnie nadużywany!

Okulary dla czarnowidza.




Gdzieś czytałem, że pesymista to facet, który zwykle finansuje optymistę. To chyba wystarczający powód, żeby przynajmniej prowadzić życie na plus. Poza tym noszę okulary, co z punktu widzenia czarnowidzów może być dość ryzykowne. Przypomina mi się w związku z tym opowiadanie Dino Buzzatiego Ukryci staruszkowie. Przytoczę je w skrócie...

Była to historia młodego, pełnego werwy człowieka, który raptem oświadczył przyjacielowi, że wkrótce umrze.